Stories

Kalifornia po sudencku, Work and Travel

by Martin Lenkiewicz - 4 years, 3 months ago

Subiektywizm to kierowanie się w działaniu oraz w ocenie faktów i zjawisk wyłącznie własnym sposobem widzenia. Ta definicja będzie przyświecała całości tego tekstu, gdyż będzie w nim mowa, co mi się podobało lub nie w wielkim kraju zwanym Stanami Zjednoczonymi Ameryki Północnej, bo tak brzmi w polskim przekładzie pełna nazwa USA. Los zagnał mnie tam na prośbę mojego kolegi, który nie czuł się na siłach sam lecieć za wielką wodę. Wyjazd oczywiście miał cele zarobkowe. Po kilkunastu godzinach lotu, przesiadkach i czekaniu na następne połączenie dotarłem do Los Angeles. Pomijając fakt zgubionego bagażu to wszystko układało się bardzo dobrze. Właśnie lotnisko w LA było moim pierwszym miejscem styczności z tubylcami z prawdziwego zdarzenia. Zarówno tymi przyjaznymi jak i tymi, którzy bronili zawzięcie swego terytorium. Innymi słowy spotkałem zwykłych ludzi i kilku zgryźliwych formalistów. Musze tutaj przyznać ze dokładnie takiego czegoś się spodziewałem, czyli zwykłych różnic, jedni mili inni nie, jak wszędzie. Jednak po krótkim czasie zauważyłem pewną prawidłowość, ludzie starsi i tacy od 30 roku życia zaliczali się to miłej grupy, a młodzież właśnie była zgryźliwa i negatywnie nastawiona. Wydaje mi się ze w Polsce jest odwrotnie. Młodzi pracownicy lotniska roztaczali wokół siebie aurę władzy i twojej zależności od ich woli. Nawet, jeśli ich pracą było zamiatania, to robili to tak abyś musiał się przenieść z bagażem. Oczywiście były wyjątki potwierdzające regułę. Po wyjściu z lotniska musiałem znaleźć się na dworcu kolejowym, gdyż pracowałem w mieście oddalonym od LA o jakąś godzinę drogi pociągiem. I znów, tubylcy okazali się pomocni, wszystko przebiegło mniej lub bardziej według planu. Smaczku nadawały temu też okazyjne spotkania z włóczęgami na stacjach metra czy cwaniaczkami, którzy sprzedawali wszystko od biletów metra do „oryginalnych” Rolexów. Samo Los Angeles jest miastem przereklamowanym. Zwykłe ulice, czyli te nie pokazywane na filmach i w brukowcach są brudne, pełne meksykańskich emigrantów, architektura też nie zachwyca. Powiecie pewnie, ale jak to? A Aleja Gwiazd, a Beverly Hills? A wzgórza i napis Hollywood? Wiec moja odpowiedź brzmi, tak są, i nawet fajnie się prezentują, ale tylko w miejscach przeznaczonych dla kamer i telewizji. Aleja Gwiazd, a raczej chodniki po obu stronach tej ulicy z wmurowanymi gwiazdkami aktorów są na prawdę warte obejrzenia… na odcinku 200 metrów przed głównymi kinami i miejscami gdzie zwykle rozwija się czerwony dywanik. Pozostałe kilometr czy dwa jest usiany fastfoodami i małymi sklepikami z tandetnymi pamiątkami. Wzgórza Hollywood? Jeżeli nie masz auta to droga do jakiegoś konkretnego punktu widokowego jest piekielnie długa i męcząca. A sam widok napisu czy nawet panorama miasta nie daje aż tyle satysfakcji. Po prostu możesz odhaczyć kolejne miejsce na swojej liście pt.: tu byłem. Całe szczęście ze ja miałem auto, wiec jedynym problemem było odnalezienie owego punktu widokowego na krętych drogach, jakie się wiją na wzgórzach otaczających LA. Beverly Hills, przepych, sława i wiecznie zamknięte bramy oraz kamery monitoringu na każdym słupie. Może odrobinę przesadzam, ale mniej więcej takie wrażenie odniosłem z mojej przejażdżki. To, co można zobaczyć to piękne duże domy, ładnie utrzymane podwórka, zieloniutką trawkę i fantazyjnie przystrzyżone żywopłoty. Czyli to samo, co w każdym innym bogatym osiedlu w dowolnym miejscu na ziemi. Jedynym urozmaiceniem jest świadomości ze tu mieszka ta gwiazdka a tam inna. Aha, i jak za długo się tam jeździ to zjawia się policja. Propos policji, to zasada młody wredny stary miły jak najbardziej się tutaj stosuje. Los Angeles mimo tego, co do tej pory napisałem ma kilka miejsc wartych zobaczenia. A są nimi studia filmowe. Wielkie kompleksy z hangarami, w których kręci się rozmaite rzeczy. Można kupować bileciki na zwiedzanie z grupą terenu danego studia. Wsiada się do większego golfowego samochodzika i parzy raz w lewo, raz w prawo oraz słucha się co pani przewodnik ma do powiedzenia. Universal Studios chyba ma tutaj prym, gdyż wygospodarowało specjalną przestrzeń, na której zbudowali swoisty park rozrywki gdzie można poczuć się niemal wewnątrz takich przebojów jak Terminator czy Wodny Świat. Przedstawiane inscenizacje robią wrażenie a sam ich widok podnosi adrenalinę u każdego, nie tylko u fana gatunku. Co prawda wejściówka do części z atrakcjami kosztuje $80 ale jest to roczny karnet wiec im więcej się tam chodzi tym taniej w przeliczeniu kosztowało cię zakup. Jeżeli nie kręcą cię przejażdżki, nie szkodzi, przed parkiem rozrywki jest tez co robić. Sklepy z pamiątkami z filmów, koncerty, stylizowane kafejki. Moim zdaniem bomba. Co jak co, ale Hollywood wie jak zajmować się showbiusnessem i tam gdzie są kamery, gwiazdy i prasa, tam wszystko błyszczy i zachwyca, ale za rogiem, cóż, to zupełnie inna historia. PJ


© 2011 - 2017 TheBestTravelled.com.
All rights reserved.

The Best Travelled | Best Travel Forum | Best Travelled People